Rozmowy z ...

Debata branżowa:

Debata: Znaczenie ekologii w przemyśle chemii budowlanej

08.03.2018
Debata branżowa

W debacie udział wzięli Beata Toboła (Selena SA), Krzysztof Hornicki (Interseroh Polska), Martin Kaczmarczyk (Whyte Chemicals), Marcin Kuszaj (Przedsiębiorstwo Konsultingowe AGM). Debatę prowadzili Ewelina Płońska-Stepulak i Dominik Wójcicki (oboje „Chemia i Biznes”).

Debata była częścią V Konferencji Przemysłu Chemii Budowlanej, której organizatorem było wydawnictwo EPS Media, wydawca „Chemii i biznes”.

Dyskutując o ekologii w przemyśle chemii budowlanej, rozmawiamy o czymś całkowicie oczywistym, czy niekoniecznie? Krótko mówiąc, jak ważnym trendem w przemyśle chemii budowlanej jest ekologia?

Martin Kaczmarczyk: Jest to istotny trend ze względu na to, że zielona chemia, jak również ekologia są tematami, które wkraczają do naszego życia i to bardzo intensywnie. Dzieje się tak od co najmniej 15 lat, gdy to zakłady zaczęły inaczej patrzeć na produkcję chemiczną, jak również kwestię bezpieczeństwa końcowego produktu. Oczywiście poza bardzo dobrze wszystkim znanym smogiem, który jako pierwszy kojarzy się z brakiem ekologii, jest ekologia złożoną dziedziną, na którą wpływa przede wszystkim produkcja, ale także gospodarowanie odpadami końcowymi oraz użytkowanie substancji znajdujących się w końcowym wyrobie, m.in. chemii budowlanej. Wiedza na temat ekologii jest obecnie dostępna niemal od ręki za pomocą internetu, więc to obliguje przedsiębiorstwa do działania zgodnego z normami środowiskowymi.

Aktualnie jesteśmy jeszcze w przededniu wielkiego boomu ekologicznego. Obecnie rynek tzw. zielonej chemii jest szacowany na ok. 20 mld dolarów, ale w 2020 r. będzie to już 90 mld dolarów. To pokazuje wzrost, który wypływa z kolei ze zwiększającej się świadomości konsumentów. Ta świadomość ma swoje odbicie choćby w regulacjach REACH, czy też takich programach, jak Odpowiedzialność i Troska, który do Polski przywędrował z Kanady i jest wdrażany w przedsiębiorstwach od 1994 r.

Czy na przestrzeni ostatnich lat znaczenie ekologii w przemyśle się zmieniało i się zmienia?

Krzysztof Hornicki: Jeżeli patrzymy na ekologię, to musimy widzieć trzy aspekty. Pierwszym z nich jest świadomość ekologiczna. Zwiększa się ona, i to zarówno wśród producentów, jak i wśród konsumentów. Poczyniona została edukacja w tym zakresie i ona teraz daje efekty. Drugi aspekt to ramy prawne.

Jak wiadomo, przepisy ochrony środowiska stają się coraz bardziej rygorystyczne, więc ekologia musiała zagościć w zakładach produkcyjnych. Jest jednak i trzecia, w mojej opinii najistotniejsza rzecz, mianowicie taka, że producenci zauważyli istnienie związku między ochroną środowiska a kosztami swojego przedsiębiorstwa. Przykładowo, jeśli opakowanie jest cieńsze i lżejsze, to jest go automatycznie mniej i producent ponosi z tego tytułu niższą opłatę produktową.

Jeśli zmniejsza się zapylenie lub maleje pobór wody, to spadają wówczas opłaty za korzystanie ze środowiska, czy opłaty za usługi wodne, nie mówiąc już o wielomilionowych oszczędnościach związanych z rekultywacją terenu i jego oczyszczaniem. Zatem poczucie znaczenia ekologii narasta, bo istnieją czynniki, które za to odpowiadają. Ale jest to pozytywne.

Czy zatem świadomość ta jest już w Polsce duża, nauczyliśmy się jej, m.in. poprzez edukację, o której wspominał Pan Krzysztof Hornicki, czy też jest jeszcze pole do popisu w tej dziedzinie?

Marcin Kuszaj: Jestem doradcą w zakresie ochrony środowiska i patrząc na kontakty z klientami, faktycznie widzę, że świadomość ekologiczna jest z roku na rok coraz większa. Zatem potwierdzam obserwację przedmówcy. Zresztą coraz więcej o tej świadomości słyszymy np. w mediach społecznościowych, co daje obraz tego, w jaki sposób do tematu podchodzi społeczeństwo. Zgadzam się, że świadomość jest wymuszana przez prawo i firmy muszą pewne środki finansowe przeznaczać na działalność edukacyjną w tym zakresie. Natomiast nie do końca w moim przekonaniu istnienie samej świadomości ekologicznej przekłada się na to, co jest robione w trakcie prowadzenia konkretnej działalności gospodarczej.

Można wręcz powiedzieć, że ona wprawdzie jest, ale już wypełnianie obowiązków z niej wynikających jest bardzo różne. W tym względzie mamy zatem jeszcze nad czym pracować.

Podkreślacie Panowie, że świadomość istnieje, że kwestie edukacji i kwestie prawne też odgrywają swoją rolę. Ale co jest ważniejsze? Jeśli bowiem mówimy o edukacji i jeśli przyjmiemy za ważne to wszystko, co wiedza nam przynosi w temacie ekologii, to wydaje się, że zachęty prawne, a często i rygor prawny nie powinny być podstawową okolicznością do podejmowania aktywności ekologicznej. Wiedząc o dobrodziejstwach ekologii, z własnej woli powinniśmy tego rodzaju działania podejmować. Z drugiej jednak strony, jeśli mamy rozwiązania prawne, to one nam sugerują, że wiedza nie przekłada się na konkretną praktykę biznesową i trzeba motywować nakazami i zakazami do prowadzenia działalności ekologicznej. Pytanie jest zatem takie, czy to edukacja, czy bardziej prawo decyduje w kontekście działań prośrodowiskowych?

Krzysztof Hornicki: Nie może istnieć w społeczeństwie rozwijającym się pod kątem ekologii, a takim jest nasze społeczeństwo, brak obowiązku prawnego. Zresztą my jako Polacy mamy taki zwyczaj, że w przypadku nałożenia na nas jakiegoś obowiązku, także środowiskowego, najpierw zastanawiamy się, czy nie da rady jakoś go obejść. I można mówić o świadomości i odpowiedzialności, ale mamy nawyki, które nie zawsze nakłaniają nas do dobrowolnych działań. Zatem prawo nakłada ramy, w których musimy się poruszać.

Edukację uznaję jednak w tym kontekście za ważniejszą, bo bardziej świadomi przedsiębiorcy i bardziej świadomi konsumenci będą automatycznie kreować przyszłe wybory rynkowe, choćby wtedy, gdy już zgodnie z wolą Komisji Europejskiej nastanie gospodarka obiegu zamkniętego. I wtedy kwestia odpowiedniej edukacji ekologicznej stanie się rzeczą wiodącą dla konsumentów.

Podsumowując: ramy prawne są tylko drogowskazem wskazującym kierunek, a edukacja powinna być głównym działaniem.

Marcin Kuszaj: Również jestem zdania, że edukacja i pogłębianie świadomości ekologicznej są ważniejsze. Przepisy warunkują bardzo wiele aspektów naszego życia, ale nigdy nie będzie tak, że będą warunkować wszystko. Jeśli zatem świadomie będziemy realizować proekologiczne projekty, prowadzić produkcję chemiczną zgodnie z wymogami środowiskowymi, to po prostu będzie to najlepsze dla nas i dla przyszłych pokoleń i to bez względu na to, jakie będzie wówczas prawo.

Słyszy się głosy, że ekologia to jedynie nośne hasło promocyjne, a nie wartość dodana firmy. Jakie podejście do tego zagadnienia ma firma, którą Pan reprezentuje?

Martin Kaczmarczyk: Jeśli chcemy żyć zdrowo i być zadowoleni z produktów, których używamy, to musimy się kierować ekologią, stanowiącą obecnie jeden z głównych trendów rynkowych. Jestem zresztą przekonany, że za 10-30 lat produkty ekologiczne będą w procesie produkcyjnym zastępować obecnie stosowane surowce petrochemiczne.

Pierwsze przykłady takich działań widzimy już zresztą dzisiaj, czego dowodem np. poliole soi, pigmenty antykorozyjne bez fosforanów. Nie jest zatem na pewno ekologia tylko hasłem promocyjnym, ale jest naszą przyszłością.

Czy jednak w kontekście tego, o czym mowa, ekologiczny nie znaczy po prostu droższy? Jak bardzo ekologia podnosi koszty produkcji i finalnego produktu?

Beata Toboła: Niestety potwierdzę, że ekologiczne znaczy droższe. Jest tak głównie dlatego, że koszty związane z ekologią ponosi producent. Istnieją liczne badania, które udowadniają, że ekologia jest trendem i jest modna, ale jednocześnie klienci nie zgadzają się na zapłacenie wyższej ceny za produkt, który jest ekologiczny. Świadomość, o której była mowa dostrzegamy przede wszystkim u inwestorów budowlanych, a nie u konsumentów prywatnych stosujących wyroby chemii budowlanej. Zresztą nie wszyscy konsumenci są w stanie ocenić, czy dany wyrób jest ekologiczny. Tymczasem inwestorom zależy choćby na tym, by oddawane przez nich obiekty uzyskiwały odpowiednie certyfikaty.

Natomiast faktem jest to, że ekologia skłania producentów do podnoszenia innowacyjności. Ponieważ ekologia kosztuje, więc fakt ten zmusza nasze zespoły badawczo – rozwojowe do bardziej intensywnej pracy.

Działacie jako Grupa Selena w wymiarze globalnym: od Kazachstanu po Brazylię. I gdy mowa o innych kontynentach, to widać, że ekologia bardziej przychodzi do nas stamtąd, czy może to my ją eksportujemy np. do Kazachstanu lub Brazylii, czyli wszędzie tam, gdzie prawodawstwo unijne nie działa?

Beata Toboła: Raczej eksportujemy. Dział badawczo-rozwojowy znajduje się m.in. w Polsce i to tutaj powstaje większość pomysłów o charakterze innowacyjnym. Podlegamy regulacjom europejskim, które są dla nas podstawą, w związku z czym, przystosowując się do rynku unijnego, automatycznie implementujemy tutejsze rozwiązania na rynek np. w Kazachstanie. Jest to naszą przewagą, jeśli chodzi o aktywność w Kazachstanie. Wartość dodana przynoszona przez Selenę i jej doświadczenie europejskie podnosi naszą konkurencyjność i sprawia, że łatwiej jest nam sprzedawać tam swoje wyroby.

Pracuje Pan na co dzień w Wielkiej Brytanii. Kto od kogo mógłby uczyć się poszanowania środowiska: Polacy od Brytyjczyków czy Brytyjczycy od Polaków?

Martin Kaczmarczyk: Zdecydowanie nasz rynek może się uczyć od Wielkiej Brytanii, która jest nie dość, że krajem uprzemysłowionym, to jeszcze z bardzo wysokim poziomem świadomości konsumenckiej. Jako przykład powiem, że do produktów budowlanych często muszą być stosowane półprodukty posiadające specjalistyczne certyfikaty, które są stosowane w branży żywnościowej, farmaceutycznej lub kosmetycznej. To pokazuje troskę o jakość tych wyrobów i ich przyjazność dla konsumenta oraz otoczenia.

Dodatkowo, w Wielkiej Brytanii istnieje jeden z najlepszych uniwersytetów, jeśli chodzi o kształcenie specjalistów z zakresu zielonej chemii. Uczelnia z Yorku w 2014 r., w rocznicę swoich 50 urodzin, zainwestowała 29 mln funtów w jednostkę, która będzie kształcić przyszłych ekspertów i technologów dla przemysłu chemicznego, w tym chemii budowlanej.

Jak rynek nagradza produkty ekologiczne? Czy jest na nie większy popyt?

Krzysztof Hornicki: Faktycznie teraz producenci nie mają realnych zachęt ekonomicznych do produkcji wyrobów ekologicznych.

Tak, jak powiedziała Pani Beata Toboła, koszty proekologicznej produkcji pozostają cały czas po stronie wytwórcy. Konsument naturalnie chciałby wyrobu ekologicznego, ale w tej samej cenie, co pozostałe towary. Na pewno jednak będzie się to zmieniać, bo wzmaga się trend pod ogólnym hasłem „Zero Waste”.

Wszelkie kampanie prowadzone wokół tej idei będą się tylko przyczyniać do tego, że producenci łatwiej będą sprzedawać swoje wyroby świadomym odbiorcom. Co nie zmienia faktu, że na chwilę obecną rzeczywistych zachęt ekonomicznych nie ma.

O tym, by się one pojawiły cały czas się jednak mówi. Mam przyjemność uczestniczyć w grupie roboczej w ramach Zespołu do spraw gospodarki o obiegu zamkniętym powołanym przez Ministerstwo Rozwoju (debata odbyła się jeszcze przed utworzeniem Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju – przyp. red.) w związku z wdrażaniem tej koncepcji. I na forum tego zespołu przedstawia się propozycje wprowadzenia w przyszłości, choćby przy przetargach publicznych, zasady, iż produkty ekologiczne z branży budowlanej byłyby dodatkowo premiowane.

Czy te pomysły zostaną wdrożone, to czas pokaże.

Marcin Kuszaj: Rzeczywiście, jeśli chodzi o bezpośrednie zachęcanie producentów do tworzenia ekologicznych produktów, to tego brakuje. Ale nie brakuje zachęt pośrednich. Przykładem może być np. opłata za korzystanie ze środowiska, którą firmy wykorzystujące produkty budowlane muszą rozliczać. W momencie, gdy w produktach oferowanych przez wytwórców chemii budowlanej znajdują się mniejsze ilości substancji niebezpiecznych, to sięga się po nie chętniej. I spotykam się często u odbiorców chemii budowlanej z sytuacjami, kiedy to z uwagą analizują oni skład farb, klejów, silikonów i decydują się na wyroby, w których tych substancji niebezpiecznych jest najmniej. Zatem małe kroki w temacie zachęt są robione.

Beata Toboła: Tak, jak mówiłam, to inwestorzy są zainteresowani produktami ekologicznymi, bo ich stosowanie pozwala im uzyskać np. dodatkowe certyfikaty. Pod tym względem produkty z niższym poziomem lotnych związków organicznych, czy ze znakiem poświadczającym ekologiczność są bardziej interesujące. Można w tej chwili znaleźć budynki, czy powierzchnie dla pracowników, w których pojawiają się informacje, iż zbudowano je z produktów poprawiających komfort przebywania w nich.

To nie popsułoby rynku, gdyby np. wprowadzić preferencje dla jednego typu wyrobów kosztem innych wyrobów?

Krzysztof Hornicki: Przy tym temacie podnosi się nieco inny argument. Mianowicie, kto miałby sprawdzać tę ekologiczność? Najpewniej nagle by się okazało, że wszyscy producenci budowlani swoje dotychczas nieekologiczne produkty zaczęliby uważać za ekologiczne. Zresztą już to przerabialiśmy przy okazji popularnych foliówek, które objęto od początku 2018 r. opłatą recyklingową.

Na początku procesu legislacyjnego rozważano wyłączenie z opłat reklamówek kompostowalnych i oksydegradowalnych. Natychmiast niektórzy zaczęli się przygotowywać do wprowadzenia takich właśnie foliówek, co mijałoby się z celem ustawy. Ministerstwo zrezygnowało zatem z tego zwolnienia. Ten sam problem podnosi się przy okazji wyrobów budowlanych. Z dnia na dzień Polska zostałaby producentem wyłącznie proekologicznych produktów, w istocie na papierze.

Czy jednak takie preferencje zepsułyby rynek? Analizy nie posiadam, ale osobiście mam nadzieję, że zepsułyby rynek produktom nieekologicznym. Wyrób posiadający niezależnie przyznawany certyfikat miałby większą wartość niż konkurencyjny wyrób bez takiego poświadczenia.

Zagadnienia środowiskowe charakteryzują się ogromem przepisów, którym trzeba sprostać. Firma AGM cyklicznie realizuje szkolenia z zakresu ochrony środowiska. Jaka jest wiedza krajowych przedsiębiorstw na temat środowiskowej legislacji?

Marcin Kuszaj: Wiedza przedsiębiorstw jest różna, jednak w perspektywie wieloletniej ona zdecydowanie rośnie. Przede wszystkim firmy przyzwyczaiły się do mnogości przepisów z zakresu ochrony środowiska. Regulacje te dotyczą przecież substancji niebezpiecznych, całego ustawodawstwa REACH. Jest ponadto nasza krajowa ustawa o substancjach i mieszaninach chemicznych, są regulacje odnoszące się do powietrza, wody, odpadów. Mamy zatem odrębne przepisy do każdego działu ochrony środowiska. Wszyscy rzecz jasna narzekają, że jest tego dużo, a zmiany są częste, niemniej różnymi środkami i kanałami ta wiedza jest pozyskiwana.

Jak natomiast ta sama kwestia wygląda w Grupie Selena? Zlecacie tego rodzaju prace na zewnątrz, czy też w oparciu o własne zasoby staracie się pilnować legislacji?

Beata Toboła: Ze względu na szerokość asortymentu, a Selena to aktualnie ok. 7 tys. produktów i różne rynki, na których jesteśmy obecni, doszliśmy do wniosku, że kwestie legislacyjne musimy monitorować wewnętrznie. Tak jest dla nas bezpieczniej. Posiadamy specjalny dział, który się tym zajmuje i ma mnóstwo pracy do wykonania, bo zmian w przepisach jest wiele. Odpowiedzialność w tym względzie leży jednak zawsze po stronie producenta, zatem obowiązki musi on wypełniać samodzielnie.

Warto podkreślić, że jesteśmy często kontrolowani przez rozmaite organy, ale niestety bardzo często poziom wiedzy po stronie organów kontrolnych pozostawia sporo do życzenia. Nie dość zatem, że musimy pilnować kwestii prawnych, to dodatkowo edukujemy naszych klientów i wymieniamy się wiedzą z organami kontrolującymi.


CAŁĄ DEBATĘ ZNAJDĄ PAŃSTWO W NR 1/2018 "CHEMII I BIZNESU". ZAPRASZAMY.


 

Wyświetlono: 411

Przeczytaj również

Skomentuj

Kalendarium

więcej